Jerzwałd - dawniej Gerswalde
Forum Wolnej Wypowiedzi

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Wspomnienie o Januszu Sokołowskim
Autor Wiadomość
Tomasz2013 
Jędrek

Dołączył: 12 Maj 2013
Posty: 1
Wysłany: 2013-05-20, 18:38   Wspomnienie o Januszu Sokołowskim

Wspomnienie o Januszu Sokołowskim – koledze i przyjacielu
z lat szkolnych i okresu wczesnej dorosłości.
cz. I


Znałem w życiu dwóch ludzi o nazwisku Sokołowski. Obaj oni wraz z moim ojcem wywarli największy wpływ na mój światopogląd, umiejętności, a zwłaszcza na ukształtowanie mego kręgosłupa etyczno-moralnego. I mimo że, w sensie części ciała, miewałem ostatnio kłopoty z kręgosłupem, to ten niematerialny kręgosłup wytrwał do dziś i ma się dobrze.
Jednym z wspomnianych ludzi był Janusz Sokołowski, którego poznałem jesienią 1966r.
na treningu w Spółdzielczym Klubie Sportowym „Warszawianka”. „Mieliśmy wtedy po 16lat”
(słowa popularnej w latach 50. ubiegłego wieku piosenki włoskiej), byliśmy młodzi, naiwni, ufni w dobro tego świata, pełni zwariowanych pomysłów, zdrowi, sprawni fizycznie
i umysłowo, ambitni, trudni do okiełznania przez rodziców, nauczycieli, trenerów.
Trenowaliśmy w grupie trenera Jana Starościńskiego, obaj początkowo skok o tyczce, między innymi dlatego, żeby klub nie tracił w tej dyscyplinie punktów w międzyklubowych zawodach II ligi lekkoatletycznej. Wcześniej nikt z „Warszawianki” w tej konkurencji nie występował. Janusz skakał lepiej ode mnie o 20-30 cm. Miał lepsze warunki fizyczne, był wyższy o kilka cm i przede wszystkim miał długie ręce. To dawało przewagę przy odbiciu.
Warto podkreślić, że skakaliśmy wtedy o tyczce metalowej, te z fiberglasu od niedawna dopiero zaczęły być stosowane, były drogie i klubu naszego nie było stać na takie tyczki.
Z tego względu nasze najlepsze wyniki na poziomie 3,60 i 3,40 m nie były aż tak marne, zważywszy fakt, że ówczesny rekord Polski o tyczce metalowej należący do Zenona Ważnego wynosił 4,51m, a o tyczce z włókna szklanego jako pierwszy z Polaków pokonał wysokość 5 m, co za zbieg okoliczności, niejaki Włodzimierz Sokołowski, który skoczył 5,02 m , ale nie był spokrewniony z bohaterem moich wspomnień.
Janusz w skoku o tyczce mógłby skakać znacznie wyżej. Miał propozycję przejścia do „Skry” Warszawa od trenera, który zebrał silną grupę tyczkarzy skaczących na tyczkach elastycznych z włókna szklanego znacznie powyżej 4 m . Ale nie zdecydował się przejść.
Dla klubu ważne wtedy było, że wystawiając nas do startu w zawodach ligi lekkoatletycznej
zdobywaliśmy 3 punkty, nawet jeśli to były dwa ostatnie miejsca w tej konkurencji. Ja jako ostatni ratowałem 1 punkt, Janusz przedostatni - 2 punkty.
Bywało, że wystawiano nas również w skoku wzwyż. Janusz skakał przedziwną techniką, niestosowaną przez nikogo, tzw. stylem „końskim”. Rozbieg brał prostopadle do skoczni
i atakował poprzeczkę nogami do przodu. Tym sposobem udało mu się skoczyć 1,85 m .
Trzeba było mieć bardzo silne mięśnie brzucha, by w tak krótkim czasie, w jakim trwa skok dociągnąć nogę odbijającą do atakującej, obydwoma nogami skierowanymi do przodu przelecieć nad poprzeczką i spaść na nogi na zeskok. Myślę, że niewielu skoczkom tym sposobem udałoby się tyle skoczyć.
Prócz tego, że „łataliśmy obaj dziury” w tych dyscyplinach, w których klub nie miał zawodników, każdy z nas miał swoją specjalizację. Janusz skakał w dal niespełna 7 m, a ja w trójskoku i w tych konkurencjach zajmowaliśmy miejsca wyższe niż ostatnie, co również przysparzało punktów klubowi. Ponieważ skakaliśmy praktycznie we wszystkich rodzajach skoków lekkoatletycznych, koledzy klubowi wymyślili dla nas przezwisko „sprężynki”.
Trenowaliśmy w SKS „Warszawianka” do 1971 roku. Jeździliśmy na obozy kondycyjne, leczyliśmy kontuzje, a treningi traktowaliśmy zabawowo, choć na niejednym ciężko pracowaliśmy, wylewając ostatnie poty.
Treningi i obozy sportowe były dla nas, a myślę że i dla naszych koleżanek, i kolegów klubowych atrakcyjne, pełne „zgrywów” i śmiechu, a w tym , by stworzyć taką atmosferę mieliśmy niemałe zasługi.
Wtedy też uczyłem się od Janusza gry na gitarze, ale daleko mi było do poziomu umiejętności, który on prezentował. Wspólnie śpiewaliśmy na głosy i graliśmy również
na harmonijkach ustnych (jedną z harmonijek, którą podarował mi Janusz mam do dziś).
To przysparzało zawodnikom i trenerom rozrywki, zwłaszcza podczas wyczerpujących obozów kondycyjnych, a i nam wspólne, i indywidualne Janusza występy muzyczne dawały satysfakcję, choć nie był to główny nurt naszej działalności.
Uczyliśmy się przecież, w 1968 r. zdaliśmy maturę i dostaliśmy się na studia. Każdy z nas
na inny kierunek i na inną uczelnię. Janusz studiował na Wydziale Leśnictwa SGGW
w Warszawie, przemianowaną później na Akademię Rolniczą, a ja wybrałem Wydział Geologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Andrzej Tomaszewski

[ Dodano: 2013-05-27, 22:23 ]
Wspomnienie o Januszu Sokołowskim…
cz. II


Gdy sport zaczął kolidować z naszymi zajęciami na uczelni, a w klubie wymagano od nas coraz częstszego przychodzenia na treningi, nakładano coraz większe obciążenia treningowe i rosła presja na „robienie wyników”, przyszedł czas na rozstanie się ze sportem. Kiedy uprawianie lekkoatletyki zaczęło przybierać formy sportu zawodowego i gdy zaczęło brakować czasu na inne rodzaje działalności, i innego typu potrzeby duchowe czy materialne, kiedy sport przestawał być rozrywką, zabawą, spotkaniem towarzyskim, trzeba było z niego zrezygnować. Obaj wiedzieliśmy, że z tego chleba mieć nie będziemy, warunki fizyczne nie bardzo nas predestynowały do tego, by być mistrzami, a jedynie zawodnicy czołówki krajowej mogli ze sportu czerpać jakieś profity.
Janusz jeszcze przez kilka miesięcy próbował swoich sił w rugby w warszawskim klubie „Skra”. Nabawił się urazu barku, ale lubił sprawdzać się w różnego rodzaju sportach, także tych, do których nie miał predyspozycji fizycznych.
Będąc ratownikiem podczas wakacji studenckich w ośrodku wypoczynkowym
w Pomiechówku nad Wkrą spotkał młodego chłopaka, który boksował w kategorii juniorów
w jednym z warszawskich klubów. Janusz z nim „sparował”, tak nazywa się walkę treningową i w takiej sfingowanej walce „na niby”, Janusz zbytnio nie odstawał. Jak wcześniej stwierdziłem, miał długi zasięg ramion, był skoncentrowany i gotowy przy nadarzającej się okazji na szybką reakcję. Wspominał, że kiedyś w czasach kieleckich zanim przeprowadził się do Warszawy, ktoś z rodziny, czy może kolega uczył go podstaw boksu.
Sportowo i sprawnościowo uzdolniony był jak mało kto.
Bardzo dobrze pływał, zwłaszcza na dłuższe dystanse. W stylu klasycznym („żabka”) reprezentował SGGW AR w zawodach międzyuczelnianych. Ukończył kurs ratownika i znał się na ratowaniu ludzi. Opowiadał, że egzaminy to nie były przelewki i niektóre konkurencje wielu sprawiały kłopot, jemu podobno nie. Z jego umiejętnościami pływania i ratowania ludzi wiążą się dwa moje nie dość wyraźne wspomnienia.
Byłem świadkiem pierwszego zdarzenia, które miało miejsce na obozie sportowym
w Ostródzie w 1968r. w sierpniu. Ten sierpień utrwalił mi się w pamięci również dlatego, że wtedy właśnie nastąpiła tzw. interwencja wojskowa wojsk Układu Warszawskiego
w Czechosłowacji, a w rzeczywistości najazd sił zbrojnych obcych państw na Czechosłowację, żeby stłumić zarzewie rewolucji i chęć oderwania się tego kraju od obozu socjalistycznego.
Przelatywały wówczas nad Ostródą eskadry samolotów wojskowych w kierunku południowym, czyniąc przez dłuższy czas duży hałas. Po treningach po południu chodziliśmy nad jezioro kąpać się, pływać, grać w siatkówkę, tj. relaksować się. Wybieraliśmy się tam dużą grupą zawodników reprezentujących różne dyscypliny lekkiej atletyki i trenujących
u różnych trenerów. Nad jeziorem było miejsce wydzielone do pływania otoczone pomostem. Tam często zbieraliśmy się i dla „hecy” wpychaliśmy się wzajemnie do wody. Ktoś zepchnął chłopaka, który nie umiał pływać. Janusz wskoczył do wody, ktoś jeszcze mu do pomocy
i uratowali tonącego, ciężko przerażonego młodego człowieka. Widziałem to na własne oczy, ale czy ktoś jeszcze spośród świadków ten wypadek pamięta, oprócz mnie? Może niedoszły topielec.
O innym przypadku, kiedy udzielał pomocy na morzu z dobrym skutkiem, Janusz opowiedział mi sam. To było na początku lat siedemdziesiątych. Wybrał się na Hel
z zamiarem przejścia go wzdłuż plaż po stronie otwartego morza. Po drodze w jednym
z plażowych kurortów półwyspu zobaczył zrozpaczoną matkę, w pobliżu nie było ratowników.
Kobieta błagała ludzi, by ratowali jej synka, którego na materacu fala uniosła daleko w morze. Janusz popłynął za nim i przyholował chłopca do brzegu. Nie wiem, czy ktoś mu za to podziękował? Wtedy nie przyznawano nagród w konkursie „Bohaterowie są wśród nas”, ale za tą akcję ratowniczą niewątpliwie na taki tytuł zasłużył.
Ostatnio zmieniony przez mirekpiano 2013-05-20, 22:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Ładowanie strony... proszę czekać!

Nasze forum korzysta z plików cookie. Możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach przeglądarki. Więcej informacji na ten temat znajdziesz w Polityce dotyczącej "cookies"

Zobacz też Jerzwałd Stronę Główną

Copyright © Jerzwałd

§ Artykuły autorskie zamieszczone na stronie www.forum.jerzwald.pl można cytowaś podając imię i nazwisko (nick) jego autora oraz źródło czyli link do tej strony.

Żaden z widocznych tutaj plików nie znajduje się na serwerze. Linki udostępnione są przez i za zgoda użytkowników. Administrator serwisu www.jerzwald.pl jak i właściciel serwera nie może być pociągany do odpowiedzialności karnej za to co użytkownicy nadsyłają, czy tez za każda inna działalność użytkowników. Nie możesz używać tego serwisu do rozpowszechniania lub ściągania materiałów do których nie masz odpowiednich praw lub licencji. Użytkownicy tej strony odpowiedzialni są za przestrzeganie tych warunków.